Dlaczego powinniśmy pamiętać?

 

 

Bardzo nie chciałam, żeby ten tekst stał się jeszcze jedną laurką ku czci pomordowanych. Nosiłam go w sobie przez parę dni. Któregoś, tuż przed snem, przyszło do mnie „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, wraz z całym mnóstwem wspomnień z lat dziecięcych. Tymi dźwiękami, skomponowanymi prawie sto lat temu, wypełniony był mój dom rodzinny. Przypomniało mi się też, jak kiedyś ojciec śpiewał „Siekiera, motyka”, piosenkę, której słów i znaczenia wtedy nie rozumiałam. Dopiero w dorosłym życiu rodząca się coraz mocniej więź z przeszłymi pokoleniami kazała poznać jej kontekst. Zasypiając przy melodiach z dawnych lat i wspomnieniu ojcowskiej miłości, resztką jaźni pojęłam, jak najlepiej upamiętniać przodków. Nie te anonimowe zjawy, którym oddaje się cześć na szkolnych akademiach i państwowych uroczystościach. Ale tych bliskich i wiecznie żywych, w nas i przez nas, dających nam swoją historię, a wraz z nią opiekę i siłę.     

Mam jeszcze jedno wspomnienie, tym razem z niedalekiej przeszłości. Spacerowałam z koleżanką koło Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Rozprawiałyśmy o czymś z przejęciem i w pewnej chwili wybuchnęłam charakterystycznym dla siebie zaraźliwym śmiechem. Koleżanka, spłoszona, upomniała mnie, prosząc o zachowanie powagi w miejscu pamięci. Ja na to odparłam: „Przecież żołnierze walczyli właśnie o to, żebym ja mogła się teraz śmiać”. Tak naprawdę to nie wiem, czy o to walczyli. Czy z obowiązku, typowo polskiej przekory i buntu albo romantycznego ideału ofiarności dla Ojczyzny. A może z powodu bliżej niesprecyzowanego przekonania, że „tak trzeba”?    

Wiem jedno. Niezależnie od motywacji, przeszłe pokolenia zanurzone w wojennej rzeczywistości - żołnierze, więźniowie, harcerze - to nie zmurszałe postacie desperacko żądające patriotycznego patosu. To ludzie tacy jak my, którzy kochali, zdradzali, flirtowali. To ludzie, których historia zmusiła do podejmowania trudnych decyzji życiowych. Obozy koncentracyjne, jak ten w Gusen, zabrały wielu z nich. I tych, co kochali, i tych, co zdradzali, takich, którzy wykazali się bohaterstwem, i takich, którzy pozostali tchórzami. Oni wszyscy są częścią nas samych, naszego krwioobiegu.     

Nie chcę, byśmy stawiali przodków na piedestale. Pewnie oni też by tego nie chcieli. Chciałabym za to, żebyśmy o nich pamiętali i tak po ludzku kochali. Wypełnijmy znaczeniem obozowe historie i pieśni i odnajdźmy w nich siebie. Swoje doświadczenia, swoje rozterki, swoje wybory. Niech ci, co odeszli, poprzez poezję, staną się naszymi starszymi przyjaciółmi, gotowymi, by radzić, pocieszać, wspierać, przypominać o tym, co ważne.

Nie odcinajmy się od naszej historii. Jednak bądźmy jej częścią nie po to, by tkwić w martyrologii, która jest ciężarem i obowiązkiem w okolicach historycznych rocznic. Ale po to, by poczuć, że współtworzymy wielką narodową wspólnotę, która daje nam zarówno korzenie, jak i skrzydła. Korzeniami jest nasza historia, trudna czasem, to prawda, i pełna cierpienia. Ale to my ją niesiemy dalej. I możemy to cierpienie zamienić na radość. Na prawo do wolności, miłości, samostanowienia. I prawo do posiadania skrzydeł - marzeń, aspiracji, dążeń, których realizowanie jest obowiązkiem każdego człowieka. Myślę, że właśnie tego chcieliby nasi przodkowie.

By rozwinąć skrzydła, trzeba, byśmy brali i dawali miłość przeszłym pokoleniom. Dzięki niej poczujemy się bezpieczni i ugruntowani w naszej wspólnocie. Z niej będziemy czerpać siłę do walki z każdym życiowym wyzwaniem. Nasi przodkowie też się mierzyli z życiem. I ze śmiercią. Z okrucieństwem, niewolą, złem. I wielu wygrało. I my też wygramy. I osiągniemy wszystko, o czym marzymy. Tylko bądźmy razem. I pamiętajmy.   

 

dr Anna Zygo

Ekspert ds. przywództwa w warunkach bojowych